Zielona rewolucja odbywa się jednocześnie na dwóch poziomach: rywalizacja między reformistami i twardogłowcami w łonie reżimu ajatollahów i walka młodego pokolenia o możliwość doszlusowania do zachodniego świata. Chcę sobie zrobić cieńsze brwi, przeczytać z parę książek i  obejrzeć parę filmów- pisze irańska studentka w necie.

Od tygodnia po raz pierwszy przyglądam się b. uważnie młodym Irańczykom na ulicach Teheranu; bardzo dokładnie obserwuję każdy ich ruch i sposób mówienia;   wyglądają i zachowują się dokładnie tak samo, jak ich rówieśnicy w Tel Awiwie, Warszawie, Rzymie czy Londynie. To jest chyba dla mnie największe odkrycie - cholernie zaskakujące i OK.
 
Kiedy tak patrzę i słucham - za pośrednictwem fot i filmików komórkowych odpalanych w net - przypominają mi się twarze i słowa ludzi nowej generacji po transformacji ustrojowej w Polsce. Pod koniec lat 80 przyjechałem do Wawy, jako dziennikarz, po prawie 20-letniej przerwie; zobaczyłem wówczas zupełnie nowych ludzi na mieście.
 
W obu wypadkach mamy do czynienia z pokoleniem, które urodziło się i wyrastało w sytuacji totalitarnej, z którą nie miało nic wspólnego. Podobnie, jak my już wcześniej, w drugiej połowie Sixties - nie wyrażając tego słowami - nie mieliśmy nic wspólnego z komuszym kanałem, słuchając Beatlów, Stonesów czy Niemena i czytając Papę Ernesta.
 
Procesów ewolucyjnych w Iranie nie da się już odwrócić, choć islamski beton grozi demonstrantom specjalnymi oddziałami policji Basidż,  a część reformistów (obóz Rafsandżaniego) daje sygnał do odwrotu.